Skocz do zawartości
Treker

Okiem uczestnika - RoboGames 2013

Pomocna odpowiedź

Dzięki uprzejmości Adriana Szymańskiego z Koła Naukowego Robotyków KoNaR, mam przyjemność opublikować relację z zawodów RoboGames 2013, które odbyły się w San Mateo. Więcej szczegółów w obszernej relacji:

Witam,
jestem członkiem Koła Naukowego Robotyków KoNaR i w tym roku udało nam się przekonać uczelnię, aby sfinansowała nam wyjazd na największe robotyczne zawody na świecie w stanie California w mieście San Mateo. RoboGames 2013. Co ja gadam... w tym roku... udało się przekonać. Phi, przekonał jeden człowiek i dopiero w tym roku się za to zabrał. Oficjalnie złożę mu podziękowania za świetną robotę w zorganizowaniu wyjazdu i umożliwieniu zobaczenia tego, jak w roboty bawią się za oceanem. Michał Dziergwa - właśnie on to zorganizował. I przez to staliśmy się oficjalnie pierwszą polską drużyną, która wzięła udział w amerykańskiej olimpiadzie robotów. Od tygodnia na stronie robogames.net widnieje polska flaga. Trochę w tym wątku poględzę o tym jak te zawody wyglądają z naszej, polskiej perspektywy. Nie opiszę wszystkiego, bo jest tam tego za dużo. Postaram się zrelacjonować to, co udało mi się dostrzec i na co zwróciłem uwagę.

Jak zapewne większość z was oglądała na stronie zawodów, bez liku jest tam kategorii. Mieszczą się tam oczywiście wszystkie znane nam, europejskie *sumo, LF, micromouse... Że niby tylko zwykły LF? W życiu. Jest też Natcar, czyli coś a'la japoński ścieżkośledca ze znacznikami oraz Robomagellan, czyli zadanie nawigacji w otwartym terenie. Kategoria Freestyle rozbita jest na różnorakie konkurencyjki: przez sztukę robotyczną - malowanie czy też zwykłą "pantomimę", poprzez wchodzenie po schodach aż po roboty barowe. Spora część kategorii poświęcona jest robotom humanoidalnym. A więc spotkamy tutaj roboty, które mają coś przenieść, wrzucić piłkę do kosza albo wykonać piłkarski rzut karny, czy też po prostu przejść przez scenę z przeszkodami. Nawet młodsi (do 18. roku życia) znajdą coś dla siebie. I to niemało, bo aż 7 kategorii (m.in. LF, minisumo), niemniej jednak wszystko w LEGO.

Jednym z głośniejszych i bardziej widocznych stanowisk poświęcone jest kategorii "Hockey Bot". Tam zauważamy, że pomimo całej ten kawalkady kategorii autonomicznych, Amerykanie niekoniecznie najbardziej lubują się w konstrukcjach samodzielnych. Ta ostatnia konkurencja polega bowiem na takim pokierowaniu robotyczną drużyną dwukołowych, ustandaryzowanych pojazdów, by zdobyć jak największą liczbę bramek. Pokierowaniu, bo trój-robotowa drużyna sterowana jest przez swoich trzech ludzkich opiekunów za pomocą urządzeń radiowych. Zainteresowanie ogromne, rzeczywiście widowiskowe może nawet jest to bardziej niż konwencjonalny, maciupki LF, czy też minisumo. Że maciupki? Ano tak, bo robotyczni (a raczej mechano-elektryczni) hokeiści są wymiarów ok. 25x25cm. Pewnie Amerykanie wymierzą to jakoś w calach i stopach... Z autopsji - żeby nie wiedzieć ile to kilogram... Głupie to społeczeństwo. Nieważne - idźmy dalej. Parę kategorii przeoczyłem - nie wszystkie widziałem. Dla nas zawody rozpoczęły się w sobotę. Trwały od piątku, do niedzieli, ale w piątek oddaliśmy się w opiekę naszej ciekawości i zwiedziliśmy więzienie Alcatraz. To tylko jedna z atrakcji czekających na zawodników w okolicach San Mateo. Paru kategorii nie widziałem więc ze względu na piątkową nieobecność, kilka ominęło mnie, ponieważ przykuty byłem do swojego robota - rysownika. Artbot-Painting - kategoria niby niewielka, ale zainteresowanie spore. Ludzie podchodzą, pytają. Sędziowie mili, kompetentni. Nikt nie ukrywa się ze swoim sędziowaniem, niczym wiedeńscy incognito. Ale cóż, zwykły widz, aby pooglądać zawody, musi zapłacić. Chyba 5$ - więcej to byłaby gruba przesada, ale sam fakt opłat za wstęp na teren zawodów wydaje nam się dziwny. Przyczyna jest prosta - nie organizują tego studenci, tylko ludzie z jakiegoś stowarzyszenia. Poza tym, wychowali się w kraju kapitalistycznym i swoją pracę cenią. Wot - szto... Celowo nie wymieniłem jednej, najważniejszej kategorii na tych zawodach. Tę, zostawię sobię na deser.

Powyższe zobaczyć może każdy, kto wejdzie na wielką halę zawodów. Jako dygresję powiem, że świetnie wybrane jest miejsce zawodów - z dala od wszelkiego ruchu, w ogromnej hali. Nie czuć tłoku, multum miejsc parkingowych. Może dla popularności zawodów to niezbyt dobrze, ale z wpisem w księdze Guinnessa o to martwić się nie trzeba. Co zaś więcej zobaczyć może oko uczestnika od oczu powszedniego widza, to strefa serwisowa. Dla Amerykanów pewnie norma, ale dla nas - trochę egzotyka. Na pierwszy rzut oka standard - mnóstwo stołów, powystawiane przedłużacze (110V, 60Hz, inne gniazdka - wrrr...). Niemniej chwila skupienia i oto co tam jest... Kątówki, metalowy pył w nozdrzach, wiertarki stołowe, metalowy pył, ogromniaste pancerze, pył, wielkie koła, silniki jak z U-bootów... Cóż to oni tu budują? Ahm... To te 110-kilowe monstra na stołach operacyjnych... I to one robią tu prawdziwy zamęt. To one są w tym miejscu tak naprawdę najważniejsze.

Stoję sobie dalej z robo-rysowaczem, szkicuję już robotem setny pewnie obraz, gdy nagle słyszę huk. Ciekawe, przyznaję - dźwięk, jakby trzasnąć wielkim młotem w solidną blachę. Combat - to tam się tłuką te potwory z silnikami od podwodnych łodzi. W końcu oderwałem się od mechano-sztuki i postanowiłem ujrzeć te łobuzy w walce. Youtube swoje, ale zobaczyć na własne oczy, jak 110kg stali, gumy i kabli lata na wysokość 2m raz za razem to jest coś. Rezają się jakimiś stalowymi śmigłami, dmuchają w siebie ogniem... Nie raz spadają opony, odpadają koła, rozcinane są coraz to kolejne centymetry grubaśnych zbroi tych robotycznych gladiatorów. Czasem jakiś wielki kolec przebije drugiego na wylot. Czasem sztos drugiego rozerwie na pół cielsko tego pierwszego. Wszystko to ku uciesze rozradowanego, rozkrzyczanego i rozgwizdanego tłumu siedzącego wokół ringu na trybunach. Początek nie jest tak ludny, ale później ciężko znaleźć miejsce. I tam w istocie czuję się dość dziwnie, kiedy ludzie wokół, jak gdyby naprawdę kibicują tym robotom. Mają nawet swoich faworytów, bo gdy tylko słyszą jakąś ulubioną sobie nazwę, rozgwizdują się z radości i rozklaskują w owacjach. A gdy jedna z drużyn zmuszona jest oderwać od pancerza różowego króliczka, tłum zdaje się być naprawdę zawiedziony... Całe szczęście wszyscy rozumieją, że od śmierci króliczka dzieliły jedynie cale, gdy przez 20cm robo-giganta przebija się śmiercionośny kawał metalu. Meksyk... Albo Rzym... Chleba i igrzysk. Serio, serio. I wszystko byłoby nieziemskie, gdyby tylko ci ciężarni niszczyciele byli robotami. Niestety - spod ich zbrój nieustannie lecą wiązki 433MHz albo 2.4GHz... Wszystko sterowane z palca i za grosz tam autonomii. Efektowność - nieziemska. Pomysłowość i kreatywność... co poradzić. Jedno tylko dziwi - czemu jeszcze nikt tam nie przyjmuje zakładów. Założę się, że dochód byłby jeszcze większy.

Na zawodach walczyliśmy w LFie, Minisumo, Microsumo oraz Artbot-painting. LF zdominowali Meksykanie. I nie wiedzieć czemu, tak, jak u nas wzorem są konstrukcje lekkie, z dociskową turbiną i szeroko rozstawionymi czujnikami, tam - czujniki wąsko, skręt zaś nieróżnicowy, tylko zrealizowany przez obrót linijki czujników z kołem nienapędowym. Ot taki Wonsz Botlandu. O turbinach nikt tam nie słyszał. Roboty ku zdziwieniu całkiem szybkie, zwrotne. Ale Europa jest tu zdecydowanie górą. LF u nas to prawdziwa perełka technologiczna dopracowana już pod każdym względem. Przypomniał mi się widok ubiegłorocznego mistrza LF, który przez 5 minut nerwowo dogina plastik z czujnikami do podłoża. Wielokrotnie, bo plastik rzecz martwa, więc złośliwa. Aż do tego stopnia, że ubiegłoroczny mistrz ledwo co przejeżdża 20cm trasy. Robot się obkręca, obwija i ucieka, jakby zestresowany wymaganiami swego pana. Pierwsze miejsce tutaj zdobywają Łotysze. Przywieźli 4 bliźniacze konstrukcje. Aż 4, bo przejazd jest tylko jeden. Nie dokończysz - to masz jeszcze drugi. Ale jak dokończysz, to już nie pojedziesz. 3 ichnie roboty się wykoleiły, 1 dowalił do pieca. Maciek od nas puścił raz. Na bezpiecznych nastawach, żeby gdzieś nie wypaść. W końcu 5 sekund zabawy na trasie kosztuje 55$. Asekuracyjnie, ale z 2 miejscem. Europa zajmuje większą część podium LFów. Trzecie Prawo Murphy'ego miało jeszcze jechać w Natcarze. I pewnie dobrze by pojechało, ale jak to z elektroniką bywa, procek zaniemówił. Na amen. No i po zabawie. Co do organizacji - bramek na starcie i mecie nie ma. Wszystko mierzy się stoperem z dokładnością do szybkości ludzkiej reakcji. W zasadzie minimalistycznie, ale chyba nikt tam nie dostrzegł jakiejś wielkiej potrzeby dokładniejszego pomiaru czasu.

Chłopaki od nas walczyli także z sumiakami. Zresztą już o tym wspomniałem. Mini oraz micro. Niestety nie widziałem ich walk, więc nie chcę wypowiadać się za nich. Poczekam, aż coś dopisze tutaj Tomek, który był jednym z konstruktorów robotów na tę konkurencję.

Napiszę jeszcze trochę o organizacji samych zawodów. Nie chcę za mocno krytykować - pewnie to, co przedstawię wynika bardziej z mentalności zarówno organizatorów, jak i uczestników, niż lenistwa, czy też olewactwa. Otóż tak... Przybywszy na zawody w sobotę około godziny 10, ciężko było zorientować się co i jak. Zawody rozpoczynały się o 12. Ale o 10 mało co widać było kogokolwiek z organizatorów. Ktoś przy rejestracji, może z 3 osoby na hali (poza uczestnikami). Ogółem to bardziej uczestnicy sami się zorganizowali, niż ktoś ich poustawiał i powiedział co mają robić. W końcu dowiedzieliśmy się gdzie możemy stać z rysowaczem, reszta pomaszerowała ku strefie serwisowej. Organizatorzy, których później trochę przybyło szybko zaczęli nas rozpoznawać, bo w końcu jedyny team z Polski. Niemniej jednak, chociaż organizatorów przybyło, to mało który wiedział cokolwiek. Z pytaniami - do pani w czerwonym. Ale nikt za bardzo się nie spieszył, nie biegał. Ciężko było się dowiedzieć jak tu dostać zasilanie, gdzie się porozstawiać. Nawet w sprawie miejsc, w których odbywały się poszczególne konkurencje był problem. W rejestracji ludzie też niekoniecznie wiedzieli gdzie co jest. W miejscach "freestyle'owych" zasilanie rozprowadzone dość buńczucznie. Ale bez problemu dało się dogadać z innymi uczestnikami. W zasadzie poza początkowym zderzeniem z takim stylem organizacji, później wszystko było na czas, każdy z organizatorów wiedział co ma robić. Oczywiście największą wagę także pod tym kątem poświęcono Combatowi. I może słusznie, bo po co skupiać się na czymś, co ich nie interesuje (mam na myśli inne kategorie). Tam się trochę działo i nie zauważyłem jakichś obsunięć czasowych, wpadek, pomyłek. Wcześniej też pisaliśmy do organizatorów w sprawie zasilania - czy da się jakoś dla nas coś zorganizować, czy sami mamy sobie wszystko pozałatwiać. Sami - jak najbardziej. Polecono nam sklepy z konwerterami napięć i już. Jeśli zamierzacie się tam wybierać, polecam więc zabrać już z Polski jakieś przejściówki, predłużacze. Swoją drogą, w natłoku organizacyjnym u nas prawdopobonie też nikt by nie pomyślał, by komuś z innego kontynentu zapewnić zasilanie. To chyba zbyt duża egzotyka i zbyt mocno jesteśmy przyzwyczajeni do naszych standardów.

Co się tyczy nagród. Nie zauważyłem jakichś bardziej wartościowych. Zarówno LF jak i ArtbotPainting (a więc pewnie wszystkie pozostałe) cechują sie zwykłymi, świecącymi statuetkami. Nagrody rozdawane na podium w ustronnym miejscu, w trakcie ceremonii wciągane flagi krajów pochodzenia drużyn. Szybko, sprawnie, ale i bez jakiejś wielkiej pompy. Nie wiem jak wygląda sprawa z Combatami. Może podium dostaje coś więcej niż statuetki. Bo i log sponsorów na ringu było mnóstwo. Głowy nie dam - nie widziałem.

Poza samymi zawodami, na terenie hali spotkać można kramiki z wystawcami. Nie mam pojęcia, czy byli to sponsorzy, czy po prostu ludzie związani z branżą. Jedni sprzedają silniki, quadrocoptery. Inni komercyjne wielo-pody. Ktoś jeździ dość amatorskimi trochę humanoidalnymi konstrukcjami RC. (Jakiś szkielet, kowboj oraz człowieczek z zielonej pleksy). Przy jednym stanowisku stoi babka prezentując urządzenie do malowania jajek. Napisali wtyczkę do Inkscape'a i nanoszą jakieś wzorki. Ciekawa sprawa - zautomatyzowany system malowania pisanek 😉 W okolicach robotów metakategorii "Art" kilku artystów, sprzedających swoje absolutnie nierobotyczne dzieła.

Podsumowując - zawody nastawione są przede wszystkim na kategorię Combat. Cała reszta gdzieś tam jest, ale zdecydowanie bez tak dużego nacisku, jak w Europie. W ogóle, widząc większość tych robotów, miałem wrażenie, że nie są one tak dopracowane i profesjonalne jak europejskie. Sporo jest rzeźby, ale nikogo to nie dziwi. To nie zawody o złote gacie, tylko miejsce żeby spotkać innych pasjonatów i spróbować swoich sił. W zasadzie myśl, która dopadła mnie już po zawodach, to pytanie - ile tam jest zwykłych hobbystów, a ile ludzi, którzy w przyszłości będą inżynierami. Nie sprawdziłem, więc wam nie powiem. Najbardziej profesjonalne konstrukcje widziałem w kategorii robotów humanoidalnych. Ale sporo też konstrukcji kupionych. Gotowych do programowania.

Summa summarum - zawody bardzo sympatyczne. Nie tak tłoczne jak europejskie, trochę spokojniejsze. W kategoriach nie-Combat nikt nie ma wielkiej spiny. Nie widziałem też, by uczestnicy mieli jakiekolwiek pretensje do organizatorów. Dla nas, ludzi ze Starego Świata, jest tam mnóstwo miejsca, by zdobyć coś więcej - jak już pisałem środek ciężkości jest tam przesunięty w inną stronę i spokojnie można powalczyć, w zasadzie z konkurencją słabszą niż na RobotChallenge. Bardzo polecam zobaczyć - jest zupełnie inaczej. A i atrakcji turystycznych w słonecznej Kaliforni jest bez liku 🙂

Na razie niestety bez zdjęć. Postaram się je wrzucić niedługo, jak tylko je uporządkujemy i zgromadzimy wszystkie w jednym miejscu. Oczywiście, jak tylko macie jakieś pytania, to śmiało zadawajcie. Na pewno nie opisałem tu wszystkiego. To zaś co opisałem, zrobiłem pewnie trochę nieskładnie. Za wszelkie błędy, niedomówienia i chaotyczne sformułowania przepraszam. Pisałem co mi się przypominało i niekoniecznie zadbałem o odpowiedni styl.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku zjawi się w Stanach więcej polskich drużyn. I śmiało - polska robotyka amatorska stoi naprawdę na wysokim poziomie!

Pozdrawiam

Adrian Szymański

2009-combat_schumaker01.jpg

Udostępnij ten post


Link to post
Share on other sites

Świetna relacja! Macie może jakieś zdjęcia albo filmy do podzielenia się? 😉

Kiedyś była taka gra Robot Arena całkiem ładnie odwzorowywała kategorię Combat.

Udostępnij ten post


Link to post
Share on other sites

Na razie niestety bez zdjęć. Postaram się je wrzucić niedługo, jak tylko je uporządkujemy i zgromadzimy wszystkie w jednym miejscu.

Udostępnij ten post


Link to post
Share on other sites

Szkoda, że w Polsce nie ma takich zawodów z tym, że w 2 grupach: autonomiczne i RC. Myślę, że przyciągnęło by to dużo ludzi z kraju i nie tylko.

Sama relacja super, czyli jednak Polacy coś znaczą w świecie robotów. A jaki wynik osiągnął robot rysujący?

Udostępnij ten post


Link to post
Share on other sites

Dość "ciekawy" system w linefollowerach. Czy dużo ekip zwiększało swoje szanse w taki sposób jak opisywany tj. rejestrując kilka identycznych robotów?

Udostępnij ten post


Link to post
Share on other sites

Świetna relacja i oczywiście gratuluję wyników 🙂 Jak wyglądał poziom w minisumo? Duża konkurencja? Widzę że Litwie i w tej kategorii dobrze poszło.

Udostępnij ten post


Link to post
Share on other sites
Kiedyś była taka gra Robot Arena

Chyba zna ją każdy, kto próbował znaleźć na TyTubie np. filmiki z walk minisumo podczas Robotic Areny 😉

Szkoda, że w Polsce nie ma takich zawodów z tym, że w 2 grupach: autonomiczne i RC. Myślę, że przyciągnęło by to dużo ludzi z kraju i nie tylko.

Już pomijam to, że jak tylko słyszę "sumometalowyringtrzykilowewrocławiu" to wyobrażam sobie te roboty, ilość dzieci w wieku <5 lat, które się u nas co roku pojawiają i jakoś tak. Może przesadzam, bo gdzie tym robotom do 110kg (z czego pewnie połowa to koło zamachowe, albo inny topór), ale nie chciałbym brać na siebie odpowiedzialności za bezpieczeństwo na takich zawodach. Do tego - budowa areny, koszt wykonania (napraw) takiej zabawki... Chyba jeszcze nie czas na hobbystyczne Combaty w Polsce 😉

Sama relacja super, czyli jednak Polacy coś znaczą w świecie robotów.

Na takich zawodach jakie znamy, to widać od kilku lat w Wiedniu 😉

A jaki wynik osiągnął robot rysujący?

Złoto.

Udostępnij ten post


Link to post
Share on other sites

Dołącz do dyskusji, napisz odpowiedź!

Jeśli masz już konto to zaloguj się teraz, aby opublikować wiadomość jako Ty. Możesz też napisać teraz i zarejestrować się później.
Uwaga: wgrywanie zdjęć i załączników dostępne jest po zalogowaniu!

Gość
Napisz odpowiedź...

×   Wklejony jako tekst z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Twoja poprzednia zawartość została przywrócona.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz wkleić zdjęć bezpośrednio. Prześlij lub wstaw obrazy z adresu URL.


×
×
  • Utwórz nowe...